Showing posts with label pasty. Show all posts
Showing posts with label pasty. Show all posts

27 September, 2012

JAJKO W NIEBIE, BÓB NA ZIEMI :)


Tytuł posta może, a nawet powinien wydać się Wam dziwny. Spieszę wyjaśnić, że jest to osobliwa wersja modlitwy autorstwa mojej kuzynki, z lat gdy była jeszcze bardzo małym dzieckiem. Te słowa przypominają mi się zawsze gdy patrzę na woreczek bobu. Próbowałam w tym roku posiać bób na działce. Nic z tego nie wyszło (na pocieszenie obrodziła fasolka). Przez lato musieliśmy zadowolić się kupnym. Ten sezonowy jest najlepszy. Zjadałam go po prostu z masłem i solą.

Ale kiedy kilka dni temu mąż przyniósł woreczek do domu, nie pogardziłam nim (bobem rzecz jasna;)). Do pasty, którą zrobiłam można użyć mrożonego lub z puszki. Łatwo można zrobić jej wegetariańską wersję, zastępując rybę wędzonym tofu lub zwyczajnie ją pomijając, dodając za to więcej limonki i pomidorów dla zaostrzenia smaku.


Pasta z bobu z łososiem i limonką

ok 250 g bobu
ok 100 g filetu wędzonego łososia (z powodzeniem można użyć innej ryby)
3-4 połówki suszonych pomidorów z oliwy
2-3 łyżki oliwy + 1 z pomidorów
sok z połowy limonki
1/4 łyżeczki wędzonej papryki w proszku
sól morska i grubo mielony pieprz do smaku

Bób gotujemy aż zmięknie, ale uważamy by go nie rozgotować. Odcedzamy i od razu płuczemy zimną wodą, dzięki temu zachowa żywy zielony kolor. Łuskamy i przekładamy ziarenka do miski. Pomidory drobno kroimy, rozdrabniamy rybę, wszystkie składniki łączymy i ugniatamy widelcem. Lubię gdy w paście wyczuwalne są kawałki bobu. Gotową pastę chłodzimy w lodówce. Najlepiej smakuje na żytniej bagietce. Smacznego!


20 December, 2011

Korzenny krem herbatnikowy


Zaczęło się od przeglądania oferty pewnego sklepu internetowego. Gdy zobaczyłam słoiczek z opisem krem herbatnikowy z miejsca uwierzyłam, że to coś wyjątkowo smakowitego. Natychmiast zapragnęłam stworzyć coś takiego we własnej kuchni, a szukając przepisu (nie znalazłam go) natknęłam się na wpis u D. Lebovitza, który określał speculoos cream jako coś wyjątkowego, co smakuje niesamowicie zarówno na świeżej bagietce, jak i wyjadane łyżeczką prosto ze słoika. Speculoos to rodzaj korzennych, świątecznych ciastek, to dzięki nim krem ma bogaty aromat i ostro-słodki smak. Nic dziwnego, że miałam wielką ochotę na choćby namiastkę takiego kremu. Nie jestem jakoś specjalnie zasadnicza w kwestii zdrowego żywienia, ale było dla mnie naturalne, że domowy krem herbatnikowy, nawet jeśli smakiem odbiega od oryginału, jest lepszy niż ten z dodatkiem utwardzanych tłuszczów roślinnych i innych podejrzanych składników. Mój przepis jest prosty, ale odwdzięcza się superpysznym efektem. Polecam gorąco, do pieczywa, naleśników, ciast i deserów, i do czegokolwiek Wam się zamarzy.


Korzenny krem herbatnikowy

200 g korzennych herbatników (ja użyłam swoich gingersnaps)
60 g masła (bardzo miękkiego)
2 pełne łyżki miodu

Herbatniki kruszymy i miksujemy bardzo dokładnie z resztą składników, jeśli masa wydaje się zbyt sucha lub zbyt gęsta można dodać łyżkę stopionego masła lub neutralnego w smaku oleju. Przekładamy do słoiczka i przechowujemy w suchym i ciemnym miejscu do 3-4 dni. Jeśli chcemy przechować krem dłużej można schować go w lodówce, ale wówczas bardzo tężeje i przed użyciem należy go ogrzać. Smacznego!



A już niebawem, w ostatnim przed Świętami wpisie, dowiecie się do czego jeszcze można wykorzystać gingersnaps:)

27 October, 2011

Hummus, domowy vs sklepowy



Mimo tytułu posta, nie będzie to walka. Tylko porównanie. Jakiś czas temu dostałam do degustacji gotowy hummus marki Whomus?. Degustowałam go z ogromną przyjemnością, bo jestem wielką miłośniczką past wszelakich, a hummus zajmuje na tej liście czołowe miejsce. Odebrałam dwa opakowania hummusu, jeden klasyczny, drugi z dodatkiem pieczonego bakłażana. Od razu otworzyłam oba. I spróbowałam. Mnie osobiście bardziej smakował ten z bakłażanem, był bardziej kwaskowy, chociaż oba są zdecydowanie bardziej kwaśne od tych, które robię w domu. I dla mnie jest to plus (mój mąż z kolei nie zasmakował w tym hummusie). Drugim plusem jest oczywiście wygoda i to, że można szybko ujarzmić nieodpartą chęć na hummus, lub po prostu uraczyć nim niespodziewanych gości, podając go do chleba, krakersów itd. Również dlatego są świetną propozycją na domowe party. A jeśli rozrzedzimy go np. jogurtem otrzymamy pyszny, kwaskowy sos do warzyw lub warzywnych (albo rybnych) kotletów.


Whomus? można kupić w delikatesach, np. w Almie, w Piotrze i Pawle lub Kuchniach Świata.
Muszę teraz sprawiedliwie ujawnić także minus Whomusu - cena. Jak dla mnie za wysoka, ponieważ za 180 g produktu trzeba zapłacić około 13 zł. Mam nadzieję, że to wkrótce się zmieni, bo osobiście bardzo go polubiłam, ale...


Nic jednak nie zastąpi domowego hummusu:) Z którym można eksperymentować na miliony sposobów, za niewielkie pieniądze zrobić sporą ilość pasty (ja zamrażam hummus w plastikowych pojemniczkach i odmrażam gdy jest potrzebny).  Ponieważ cały czas jestem pod urokiem dyni, tym razem zrobiłam taki z dodatkiem pieczonej dyni właśnie. Jest słodkawy i gęsty, zupełnie inny od sklepowego, ale z pewnością bardzo smaczny. Taka wersja odpowiada także mojej Lu (pewnie ze względu na słodycz dyni), która od jakiegoś czasu zupełnie ignorowała walory smakowe tradycyjnego hummusu. Dlatego róbmy swój ulubiony hummus samodzielnie, ale nie zapominajmy też o smakowitej alternatywie na sklepowych półkach;)


Hummus z pieczoną dynią i szałwią

1 puszka ciecierzycy w zalewie (400 g)
500 g dyni, obranej i pokrojonej w kawałki
garść posiekanej świeżej szałwii
oliwa z oliwek
2 łyżki tahini
łyżka jogurtu naturalnego (opcja)
sok z połowy cytryny
sól

Dynię skrapiamy oliwą i posypujemy odrobiną szałwii, pieczemy w 200 st. C. do miękkości. Ciecierzycę odsączamy z zalewy (nie trzeba tego robić bardzo dokładnie), miksujemy razem z dynią. Dodajemy tahini, sok z cytryny, kilka łyżek oliwy i solimy do smaku. Dokładnie mieszamy, gotowy hummus przechowujemy w lodówce do kilku dni (wierzch dodatkowo można skropić oliwą, by nie obsychał lub zakryć folią). Podajemy w ulubiony sposób, np. do pieczywa lub do zup. Smacznego!

04 August, 2011

pasta zaimprowizowana


Już niedługo podzielę się z Wami moimi przygodami z zakwasem i pieczeniem chlebków, zaczęłam jakiś czas temu, ale wciąż brak mi czasu by to opisać i przedstawić Wam efekty wypieków. Ale mam dla Was pastę, która powstała przypadkowo, z tego co miałam w lodówce w nadmiarze. Pasta oliwkowo-serowa. Nie jest to może urodziwa pasta, z pewnością o wiele brzydsza od choćby zwykłego hummusu. Ale naprawdę była pyszna. Jak każda pasta, jest prosta i nie wymaga wiele pracy, a jej efektem można się cieszyć nawet na zwykłej grzance i smakuje wspaniale. Przynajmniej mi, ale myślę, że wielbiciele oliwek podzielą mój entuzjazm. Spróbujcie!


Pasta z oliwek i sera

300 g czarnych oliwek z zalewy, bez pestek
200 g sera solankowego, np fety (ale można zastąpić zwykłym twarogiem i porządnie dosolić)
2 niewielkie ząbki czosnku
mały pęczek szczypiorku
pieprz
łyżeczka lub dwie oliwy
opcjonalnie: garść posiekanej mięty

Oliwki dobrze odsączamy i mielimy razem z serem w maszynce, lub miksujemy. Dodajemy posiekany szczypiorek i czosnek starty na drobnej tarce lub drobniutko posiekany. Doprawiamy pieprzem (i solą morską jeśli używamy zwykłego białego sera) i dodajemy oliwę. Można dodać mięty, jeśli ją lubicie. Dokładnie wymieszać i schłodzić w lodówce. Smacznego:)

17 June, 2011

Strączkowe i tymianek


Dla mnie to para idealna. Strączkowe lubię też z majerankiem. Ale to przywołuje wspomnienie maminej grochówki, albo fasolowej. Gęstych zup tego typu nie jadłam od lat. Wolę lżejsze wersje. Wolę fasolkę szparagową. Pastę z ziaren soi, grochu, z soczewicy. Albo jak dziś, z bobu. To dwie proste propozycje, na zupkę i na pastę, taki udawany hummus. Macie ochotę?


Udawany hummus z bobu, z tymiankiem
500 g bobu
łyżeczka sody oczyszczonej
2 łyżki oliwy
2 łyżki tahini
łyżka soku z cytryny
duży ząbek czosnku
listki tymianku oberwane z kilku gałązek (można zastąpić suszonym)
sól

Bób gotujemy do miękkości w wodzie z dodatkiem sody, po odcedzeniu chłodzimy zimną wodą (łatwiej się obiera). Obrane ziarna skrapiamy oliwą i rozgniatamy widelcem, dodajemy tahini, sok z cytryny, starty ząbek czosnku i tymianek. Doprawiamy do smaku solą. Dokładnie mieszamy, gotową pastę przekładamy do miseczki lub słoika, wierzch skrapiamy oliwą by nie obsychał i trzymamy hummus w lodówce, można przechowywać ok 3 dni. Doskonała pasta do świeżego chleba. Smacznego!


 Krem z fasolki szparagowej z tymiankiem

500 g młodej zielonej fasolki szparagowej
400 g młodych ziemniaków
pęczek dymki ze szczypiorkiem
3-4 ząbki czosnku
kilka gałązek tymianku + oberwane listki do podania
ok 2 l bulionu
oliwa z oliwek
pieprz kolorowy

Fasolkę myjemy, odcinamy końcówki, kroimy na mniejsze kawałki (wystarczy na pół). Ziemniaki szorujemy, kroimy w kostkę. Dymkę ze szczypiorkiem oraz obrany czosnek siekamy. W garnku rozgrzewamy 2 łyżki oliwy. Podsmażamy czosnek i dymkę ze szczypiorkiem. Zalewamy bulionem, gdy się zagotuje dodajemy fasolkę i ziemniaki oraz tymianek. Gotujemy aż warzywa zmiękną. Wyciągamy gałązki tymianku, zupę dokładnie miksujemy. Podajemy skropioną oliwą, posypaną świeżo mielonym pieprzem i listkami tymianku. Smacznego!




19 April, 2011

Ogórek to prawie lato


Wiem, że do lata jeszcze kawał czasu, ale ostatnio cały czas myślę o lecie. Wszystko wskazuje na to, że maj, podobnie jak rok temu, spędzę w lesie. Tym razem nie wynika to z moich planów, ale z konieczności. Miła jest jednak perspektywa poranków na tarasie (kawa z mlekiem, bose stopy i słońce spomiędzy gałęzi), spacerów po lesie, spotkań z iryzującymi żukami. Bez pośpiechu, bez szumu miasta. Za to z zapachem drzew i z wieczorami pełnymi rozmów, na ogrodowej drewnianej huśtawce. Miła odmiana. Tęsknię za prawdziwą zielenią.

Ale póki co proponuję Wam hummus z zielonym akcentem. Bardzo często robię hummus, zawsze dodaję coś innego: pomidory, paprykę, szczypiorek, ziarna, orzechy lub pestki dyni. Tym razem zrobiłam z ogórkiem. Małosolnym. Bardzo kojarzy mi się z latem, a smak małosolnych ogórków należy do moich ulubionych. Można oczywiście wykorzystać świeży lub kiszony ogórek, ale polecam moją wersję, jest przepyszna.


Hummus z ogórkiem małosolnym
Składniki:
  • puszka ciecierzycy (400 g), odsączonej z zalewy
  • 2 łyżki pasty tahini
  • 2 łyżki oliwy (polecam olej lniany zamiast oliwy z oliwek)
  • 2 średniej wielkości ogórki małosolne (lub trzy mniejsze) - jak najtwardsze
  • ząbek czosnku
  • łyżeczka kremowego chrzanu
  • łyżka soku z cytryny + odrobina startej skórki
  • odrobina posiekanej świeżej mięty (opcjonalnie, można użyć np natki pietruszki, lub nie dodawać zieleniny wcale)
  • sól
Odcedzoną ciecierzycę mielimy w maszynce lub dokładnie miksujemy. Ogórki (ze skórką) ścieramy na tarce. Czosnek obieramy i przeciskamy przez praskę lub też ścieramy (na najmniejszych oczkach). Do ciecierzycy dodajemy lekko (ale nie całkowicie) odciśnięte z soku ogórki, czosnek oraz pozostałe składniki. dokładnie mieszamy. Solimy wg gustu. Gotowy hummus trzymamy w lodówce, skropiony z wierzchu oliwą, by nie obsychał. Podajemy do pieczywa lub krakersów. Smacznego!



07 April, 2011

rzodkiewka i...makaron


- A co Pani tak te liście przebiera?
- Najładniejszych szukam...
- A co? Będzie je Pani jadła?
- No takie mam zboczenie;)

A Wy? Lubicie zieleninę? Zjadacie natkę marchewki? Liście rzodkiewki, rzepy, kalarepki? Gustujecie w szczawiu, szpinaku i botwince? Bo ja od niedawna. I bardzo żałuję, bo to niesamowicie przyjemne mieć świadomość, że czerpie się korzyści z całego warzywa. No, pod warunkiem, że są ekologiczne, ale w dzisiejszych czasach nawet napisy eko i bio nie dają gwarancji. Nie mam własnego ogródka, bardzo żałuję, zazdroszczę mamie i teściowej. Ale ja chyba nie mam ręki do ogrodów, pamiętam, że na działce, jako dziecko, głównie zrywałam owoce i zbierałam plony, pielenie i podlewanie zostawiając innym:) Najlepsze było chyba łuskanie zielonego groszku i zjadanie pysznych ziarenek prosto ze strączków. Albo bób gotowany na butli gazowej. Truskawki prosto z krzaczka, kolczyki z czereśni i bukiety z kopru. Albo piwonie przyniesione do domu i pachnące obłędnie w upalne wieczory. Piski przy bieganiu przez zraszacz, ręce podrapane agrestem. I moja mała siostra zjadająca rzodkiewki w całości. Wiedziała, co dobre:)



Spaghetti z pesto rzodkiewkowym, cieciorką i cukinią

Składniki:
  • pęczek rzodkiewki z ładnymi liśćmi
  • mała cukinia
  • 200 g ciecierzycy (pół puszki)
  • 1 średniej wielkości cebula lub kilka szalotek
  • ok. 150 g makaronu (spaghetti lub inny, ulubiony)
  • 2 łyżki oliwy
  • sól i pieprz
pesto:
  • łyżka łuskanego słonecznika
  • łyżka posiekanych migdałów
  • łyżka tartego parmezanu (lub innego)
  • duży ząbek czosnku
  • szczypta soli
  • łyżka oliwy (lub więcej jeśli jest potrzeba)
Liście rzodkiewki odcinamy, przebieramy, dokładnie myjemy i osuszamy. Miksujemy z resztą składników na pesto. Przekładamy do słoiczka (wytrzyma w lodówce 3 dni). Makaron gotujemy w osolonej wodzie al dente wg przepisu na opakowaniu. Na patelni rozgrzewamy olej, podsmażamy cebulę ok 5 minut, dodajemy cukinie i odcedzoną cieciorkę, podsmażamy jeszcze 5-7 minut, doprawiamy pieprzem (jeśli chcemy solą). Makaron odcedzamy, mieszamy z pesto i warzywami. Podajemy z chrupiącymi rzodkiewkami. Smacznego:)

09 February, 2011

Patrz, kochanie, jaki pasztet...


Długo zbierałam się do tego pasztetu. Głównie z powodu moczenia soi przez noc (zwyczajnie zapominałam). Udało się w końcu namoczyć soję, pozostał wybór dodatków. Oczywistą oczywistością ;) był dodatek warzyw. Postawiłam na pieczone. Mąż kupił pomidorki, które nadawały się jedynie do tego, a i to nie do końca, bo aromatu nie miały za grosz. Łudziliśmy się, że te małe, gałązkowe, będą miały smak (zimą tak brakuje świeżych pomidorów!). No ale do pasztetu się przydały:) Podobnie jak kilka innych warzyw. Co z tego wyszło? Niezły pasztet ;)


Sojowy pasztet z pieczonymi warzywami
Składniki:
  • 250 g soi, namoczonej w dużej ilości wody przez 10-12 godzin
  • 1 czerwona papryka
  • 2 niewielkie marchewki
  • cebula
  • główka czosnku
  • kilka pomidorów (zimą to tylko opcja, latem konieczność;) - można zastąpić suszonymi)
  • 3-4 łyżki oliwy
  • 1-2 jajka (w zależności od wilgotności masy)
  • mieszanka ulubionych ziół (bardzo pasują prowansalskie)
  • sól i pieprz
  • masło do formy
  • siemię lniane do formy (opcjonalnie, można wysypać tylko bułką tartą, lub nie wysypywać wcale)
  • ewentualnie otręby (lub tarta bułka) do zagęszczenia masy
Namoczoną soję gotujemy do miękkości (ok. godziny). Piekarnik rozgrzewamy do 190-200 st. C. Marchew i cebulę obieramy, kroimy na połówki, podobnie postępujemy z papryką i pomidorami, układamy na blasze, skrapiamy oliwą i posypujemy odrobiną ziół. Z główki czosnku ścinamy wierzch, zawijamy ją w folię aluminiową, razem z resztą warzyw wkładamy do piekarnika na ok 30 minut. Ugotowaną soję odcedzamy i miksujemy razem z upieczonymi warzywami (oprócz czosnku), (ja soję przepuściłam przez maszynkę do mielenia jeden raz, podobnie z warzywami - można je również drobniutko posiekać, papryki nie obierałam ze skórki, ale po upieczeniu można to zrobić dość łatwo).

Mieszamy soję z warzywami, dodajemy oliwę, sól, pieprz i zioła (masa powinna być bardzo dobrze doprawiona, po dodaniu jajek i upieczeniu złagodnieje). Dodajemy jaja, mieszamy. Masa powinna być dość rzadka (dzięki temu pasztet będzie wilgotny, a nie suchy), ale jeśli uznamy, że jest zbyt rzadka można zagęścić ją otrębami pszennymi (lub bułką). Następnie delikatnie wmieszamy w masę wyciśnięte ze skórek upieczone ząbki czosnku.

Keksówkę smarujemy masłem i wysypujemy siemieniem. Wykładamy do niej masę (wierzch także posypałam garstką siemienia). Pieczemy ok 40 - 50 minut w 180 st. Pasztet wyciągamy z formy i kroimy dopiero gdy całkiem wystygnie, można go dodatkowo schłodzić. Jeśli taka ilość okaże się zbyt duża, można pasztet pokroić w mniejsze porcje i zamrozić. Na kanapkach smakuje świetnie z chrzanem lub czosnkowym sosem. Smacznego:)

11 January, 2011

krewetkowa niesprawiedliwość i substytuty. makaron


Jestem uczulona na krewetki. Nie od zawsze. I nie wiem czy się z tego cieszyć czy nie. Z jednej strony przynajmniej w życiu ich już pojadłam. Z drugiej, pozostaje tęsknota nie do zaspokojenia:) Alergia uaktywniła się kilka lat temu i była dla mnie wielkim zaskoczeniem (nie jestem uczulona NA NIC i nigdy nie byłam). Od tamtej pory zawsze gdy nachodzi mnie ochota na krewetki, muszę kombinować, by o nich zapomnieć. Tak było dzisiaj. Przemożna chęć na makaron z krewetkami. I z jakąś zieleniną. A w planie były kotlety z tuńczyka. Zwykłego tuńczyka z puszki. Zrezygnowałam z kotletów. Zrezygnowałam z krewetek. Pozostałam przy makaronie i tuńczyku. I zieleninie:) Pesto z roszponki? Czemu nie. Spaghetti wyszło. Smak pesto był (miłym!) zaskoczeniem. Coś słonego (tuńczyk), coś ostrego (chili) i coś łagodnego (roszponka). Dobrze to sobie wykombinowałam:) W pierwszej kolejności pesto. Bez przypraw, naturalne i orzeźwiające:


Pesto z roszponki i słonecznika
Składniki:
  • 100 g nasion słonecznika łuskanych
  • 50 g roszponki
  • kilka łyżek oliwy lub oleju słonecznikowego (zimnotłoczony)
  • 2 łyżki soku z cytryny
Roszponkę umyć i osuszyć. Przejrzeć słonecznik, wyjąć ewentualne łuski. Wszystkie składniki dokładnie zmiksować. Gotową pastę przełożyć do wyparzonego słoiczka. Przechowywać w lodówce.


Spaghetti z pesto z roszponki i tuńczykiem
Składniki:
  • 150 g makaronu spaghetti 
  • 3 łyżki pesto z przepisu powyżej
  • 50 g świeżej roszponki
  • 180-200 g odsączonego tuńczyka (w kawałkach, w sosie własnym)
  • 1-2 papryczki chili (wg upodobań)
Makaron ugotować wg przepisu na opakowaniu (powinien być al dente) w osolonej wodzie. Odcedzić, przelać szybko chłodną wodą i pozostawić na sicie by odciekł. Papryczkę przekroić wzdłuż i oddzielić od pestek. Pokroić w paseczki. Makaron wymieszać z pesto, chili i tuńczykiem oraz częścią roszponki. Podawać posypane pozostałą roszponką. Smacznego.

04 January, 2011

Makrela raz jeszcze


Lubię zimowe spacery. Wtedy całe miasto jakby zwalnia (nie tylko ze względu na fatalne warunki drogowe). Zmrożone ulice, chodniki, ławki. Zamarznięta fosa. A na niej kaczki. Ufnie wspinają się na chodnik i wyczekująco przyglądają przechodniom w nadziei na kawałek chleba. Drobny śnieżek na czapkach dzieci. Rumiane policzki, skostniałe dłonie. Cała ta magia potrafi trwac nadal już w zaciszu domu. Pod warunkiem, że rozgrzejemy się herbatą. To naturalna kolej spraw. Tak powinno byc. I powinno byc coś dobrego na podwieczorek. Coś o smaku z dzieciństwa. Coś, co zna każdy więc z każdym możemy to dzielic. Mi znów przyszła ochota na pastę z makreli. Ale nieco inną niż ta, którą pokazywałam tu ostatnio. Ta jest podobna do pasty Jamiego Olivera. Z chrzanem i cytryną, ale bez pietruszki. A do niej koniecznie chrupkie pieczywo i marynowane cebulki. Mnie takie połączenie smakuje fantastycznie, więc i Wam polecam.


Pasta z makreli z chrzanem i cytryną
Składniki:
  • wędzona makrela o wadze ok 300 g
  • mała cebula lub jasna częśc z pęczka szczypioru 
  • sok z połowy cytryny
  • łyżka chrzanu śmietankowego
  • 2 pełne łyżki jogurtu greckiego lub śmietany (można zastąpic serkiem topionym, pasta jest wtedy bardziej zwarta, niektórzy dają też majonez lub margarynę, chodzi o to by czymś "upaścic" rybkę:)
  • świeżo mielony pieprz
  • sól (jeśli używamy majonezu można ją pominąc)
  • cebulki marynowane
  • ulubione pieczywo
Makrelę "otwieramy", wyciągamy kręgosłup, mięso płatami oddzielamy od skóry i dokładnie rozdrabniamy w palcach, by wyciągnąc małe ości. Umieszczamy w misce, dodajemy sok z cytryny, chrzan i jogurt. Widelcem łączymy składniki, dodajemy posiekaną cebulę, pieprz i sól, mieszamy pastę. Smarujemy nią pieczywo i układamy na wierzchu cebulki marynowane. Pastę najlepiej jednak potrzymac troszkę w lodówce, by była bardziej zwarta, a smaki się połączyły. Smacznego.


11 November, 2010

Kto nie lubi ryby?

Są tacy. Nie rozumiem ich. Ale staram się zrozumieć. Dla mnie jednak ryba jest cudownym darem natury. Lubię je w każdej postaci. Pieczone, smażone, gotowane na parze. Uwielbiam śledzie, rybę po grecku i smażone ogony karpia. Ubóstwiam ponad wszystko morskie ryby. Ale mam wrażenie, że nie wszystkie są doceniane. Dzisiaj chyba niewiele osób ceni starą dobrą makrelę. Mało wykwintna? Być może, ale dla mnie to plus. Bo nic prostszego rozgnieść wędzoną rybkę z dodatkami i posmarować nią chleb. Świeży chleb. Pastę z makreli robię na kilka sposobów. Ten dzisiaj to sposób "maminy". Czyli kolejny smak z dzieciństwa.


Pasta z wędzonej makreli:
Składniki:
  • 1 nieduża makrela (ok 300-400g)
  • 1 kremowy serek topiony
  • mała cebula
  • kilka płatów pomidora z oliwy
  • szczypta słodkiej papryki
  • sól morska (niekoniecznie)
  • pieprz
  • natka pietruszki (może być suszona)
Mięso makreli oddzielamy od skóry i kręgosłupa. Rozdrabniamy w miseczce widelcem z topionym serkiem. Cebulę obieramy i kroimy drobniutko, pomidory również kroimy. Dodajemy do pasty, doprawiamy papryką, pieprzem i mieszamy dokładnie z posiekaną natką. Jeśli pasta jest mało słona dosalamy. Wstawiamy na kilkanaście minut do lodówki, by smaki się przygryzły. Gotowe:)

08 November, 2010

Prostota jest szczytem wyrafinowania

tak podobno powiedział Da Vinci. I miał sporo racji. Można oczywiście codziennie robić wyszukane potrawy, ale to nie jestem ja, to nie moja natura. Są dni, kiedy mam ochotę na proste rzeczy. Takie, które jadłam jako dziecko. Takie, które w smaku są łagodne i nie zaskakują. Pasta jajeczna jest jedną z takich rzeczy. Czysta przyjemność wspólnego śniadania.


Pasta jajeczna z różowym pieprzem
Składniki:
  • 5 jajek
  • 2 łyżki majonezu
  • pęczek szczypiorku
  • sól
  • świeżo mielony pieprz różowy (ale może być też czarny lub biały jeśli wolimy ostrzejszą pastę)
Jajka wkładamy do garnuszka, posypujemy solą i zalewamy wodą. Gotujemy na twardo (od momentu gdy woda zacznie wrzeć - 8 minut. Jajka studzimy i obieramy, następnie ścieramy na tarce o grubych oczkach. Dodajemy majonez, dokładnie mieszamy. Dodajemy posiekany szczypiorek, szczyptę soli i pieprz. Podajemy ze świeżym pieczywem, doskonale pasuje także do krakersów.

07 October, 2010

Niech będzie, że oszczędnie

Sama nie wiem co się stało, że zrobiłam coś o francuskiej nazwie. Przeważnie na myśl o kuchni francuskiej dostaję gęsiej skórki, a w mojej głowie pojawia się jedno słowo świecące jak neon: MASŁO. Ale w ostatnim numerze "Kuchni" Jamie Oliver przekonał mnie do parfait. Nie, nie do słodkiego mrożonego kremu. Do parfait z kurzych wątróbek. Parfait oznacza dokładnie "doskonały". I tu się zgodzę. Ten wątróbkowy zdecydowanie zagości u mnie na dłużej. Chociaż nie obeszło się oczywiście bez kilku zmian. Przede wszystkim w oryginale pojawia się brandy. Parfait jednak wg Olivera ma być oszczędne. A kupowanie butelki dobrej brandy dla wykorzystania zaledwie kieliszka? Gdyby w moim domu byli jeszcze miłośnicy wypalanki to czemu nie...Jednak tu znalazłoby się co najwyżej piwo lub czerwone wino. W ostateczności całkowicie zrezygnowałam z alkoholu w tym przepisie. Ponad to świeżą szałwię zamieniłam na zieloną pietruszkę, choć z pewnością z szałwią smakuje wyśmienicie. Niestety, nie mam jej w domowym ogródku (a powinnam!) i nie znalazłam w okolicznych sklepach. Nic to jednak, bo parfait mimo to wyszło po prostu...parfait!


Składniki:
  • 300 g miękkiego masła
  • oliwa
  • 2 szalotki
  • 2 ząbki czosnku
  • 400 g wątróbek z kury
  • listki oberwane z kilku gałązek świeżej szałwii
  • 50 ml brandy (nie użyłam)
  • sól morska
  • świeżo mielony pieprz
  • szczypta gałki muszkatołowej 
Jamie zaleca klarowanie masła w piekarniku, ja jednak proponuję szybszy sposób. Połowę masła podgrzewamy w rondelku na małym ogniu, aż się rozpuści, nie mieszamy. Piankę, która powstała na wierzchu ostrożnie zbieramy wypukłą stroną łyżki. Pozostałe żółte masło pozostawiamy do wystygnięcia. Cebule i czosnek obieramy i drobno siekamy. Następnie dusimy na oliwie, uważając by ich nie przypalić. Gdy zmiękną przekładamy do naczynia. Patelnie Jamie proponuje wyczyścić papierowym ręcznikiem do czysta. Hmm..ja wyczyściłam ją tak jak Francuzi czyszczą talerze przed kolejnym daniem - bagietką! ;)
Wątróbki oczyszczamy z żyłek i błonek. Wrzucamy je na mocno rozgrzaną patelnię i na dużym ogniu smażymy po 2-3 minuty z każdej strony. Powinna w środku być różowawa, Oliver przestrzega, że jeśli będzie smażona zbyt długo, parfait nie będzie gładkie, a suche. Jeśli używacie brandy należy ją wlać do wątróbek i podsmażać chwilę. Następnie wątróbki wrzucamy do cebuli z czosnkiem, doprawiamy solą, pieprzem i gałką muszkatołową, i blenderem miksujemy na gładką masę dodając w trakcie pozostałe miękkie masło. Parfait przekładamy do miseczek lub foremek, ja użyłam małych szklanek, z tej ilości składników wyszły mi trzy. Na wierzchu układamy listki szałwii (lub natki pietruszki, jak uczyniłam ja) i zalewamy wystudzonym klarowanym masłem. Schładzamy w lodówce przez ok godzinę. Podajemy z grzankami z bagietki (oraz jak poleca Jamie, z rzeżuchą). Uwaga: znika z lodówki w tempie ekspresowym ;)

05 October, 2010

turecki bazar

Jest na Piłsudskiego sklep o tejże nazwie. Szczerze mówiąc słabo zaopatrzony, ale sprzedawca, przystojny Turek, nadrabia uprzejmością (w dowód swych dobrych intencji podarował mi, najpewniej ze względu na małą białogłową siedzącą w wózku, oko proroka, zwane także Nazar Banjuk, popularny w Turcji amulet chroniący przed złym spojrzeniem). Wstępuję tam, by uzupełnić braki w przyprawach oraz zaopatrzyć się w tahinę. Nie odważyłam się do tej pory wykonać jej samodzielnie. Używa się jej m.in. do wszelakich past np. hummusu czy mutabbal, którym zajmiemy się dzisiaj. To pasta z pieczonego bakłażana. W zasadzie z opalanego nad otwartym ogniem, co wydobywa cudowny dymny aromat. Ja jednak, żeby nie utrudniać sobie życia, zrobiłam to w piekarniku. Pasta ta znana jest pod wieloma nazwami. Mówiąc wieloma mam na myśli ogrom nazw. W zasadzie co kraj to inna nazwa. Drugą równie popularną nazwą jest baba ghanoush. Pasty te mają oczywiście mniejsze i większe różnice w składzie, ale tu panuje kompletna dowolność. Ponieważ tahina, czyli pasta sezamowa, mimo fantastycznego posmaku chałwy, ma w tle sporo goryczy, można ją łamać na różne sposoby. I tak dodaje się do mutabbalu np. kmin, pietruszkę, jogurt, cebulę czy paprykę. Ja na egipską modłę wzbogacam go pestkami granatu.


Mutabbal - pasta z pieczonych bakłażanów
Składniki:
  • 1 duży bakłażan (lub dwa mniejsze - wagowo powinno wyjść ok 0,5 kg)
  • 2 duże łyżki tahiny
  • 2 ząbki czosnku (mniej, jeśli podajemy pastę z granatem)
  • sok z 1 cytryny
  • sól
  • oliwa
  • pestki z połowy owocu granatu (lub inny, dowolny dodatek)
Bakłażana kroimy wzdłuż na pół. Pieczemy w bardzo wysokiej temperaturze przez ok 20-30 minut, aż skórka i wierzchnia warstwa sczernieją. W tym czasie możemy wydobyć pestki z granatu (przekrojony  na pół lekko ugniatamy i opukujemy mocno łyżką, nasiona same wypadną). Z upieczonego bakłażana wydrążamy miąższ, pomijając przypaloną powłoczkę. Siekamy go lub rozgniatamy widelcem. Dodajemy tahinę, posiekany i rozgnieciony z solą czosnek, sok z cytryny oraz pestki granatu.. Mieszamy, skrapiamy oliwą i schładzamy w lodówce.




Pastę podaje się najczęściej z chlebkami pita. Ja przyniosłam z Tureckiego Bazaru chleb pide. Prosty i smaczny. Można zrobić go samodzielnie, ale dziś brakło mi czasu. Przepisem jednak się podzielę:

Pide - chleb turecki
Składniki:
  • 0,5 kg mąki pszennej
  • 7 g suszonych drożdży
  • łyżeczka cukru
  • łyżeczka soli
  • półtorej szklanki wody
  • 4 łyżki oliwy
  • sezam i czarnuszka do posypania
Pół szklanki wody wlewamy do miski, mieszamy z cukrem i drożdżami. Odstawiamy zaczyn na kilka - kilkanaście minut. Dodajemy olej, sól, mąkę i resztę wody (ale stopniowo) i wyrabiamy ręcznie ciasto kilka minut. Powinno być miękkie i lekko klejące. Odstawiamy pod przykryciem na ok. pół godziny (powinno podwoić swoją objętość, jeśli nie urośnie wydłużamy czas wyrastania). Po wyrośnięciu wyrabiamy jeszcze chwilę ciasto na stolnicy lekko podsypanej mąką i dzielimy na 2 lub 3 kule, z których formujemy okrągłe placki, przykrywamy i zostawiamy jeszcze na 15 - 20 minut. Podrośnięte placki spłaszczamy ręką i palcem lub trzonem drewnianej łyżki robimy wgłębienia na chlebkach. Posypujemy wierzch nasionkami czarnuszki i sezamu. Odstawiamy jeszcze na 10 - 15 minut. Piekarnik rozgrzewamy do 200 stopni i pieczemy chlebki 10 - 15 minut na złoto.

22 September, 2010

chcesz zadrwić z głodu? zadaj mu bobu;)

Niby taki żarcik w tytule, ale sporo w nim prawdy. Pasta z bobu, a najlepiej na żytnim chlebie, to powrót do najmilszych chwil. Głód znika, pozostaje nostalgia. No ale zawsze można sobie zrobić jeszcze, nawet gdy nie ma sezonu na bób. Ja kupiłam konserwowy, ale równie dobrze może być mrożony. A już najlepiej świeży. No cóż, możemy tylko zamknąć oczy i wyobrazić sobie, że to własnoręcznie zbierane pyszności...


Składniki:
  • 200 g ugotowanego i łuskanego bobu
  • łyżka oleju
  • plaster wędzonego boczku (doskonała będzie także wędzona ryba lub kurczak)
  • ząbek czosnku
  • łyżka soku z cytryny
  • po łyżce suszonych ziół: tymianku, majeranku i lubczyku
  • sól i pieprz
Bób rozgniatamy widelcem razem z oliwą. Dodajemy drobniutko pokrojony boczek, wciskamy czosnek i sok z cytryny oraz zioła. Doprawiamy solą i świeżo mielonym czarnym pieprzem. Dokładnie mieszamy pastę i przekładamy do słoiczka. Pastę trzymamy w lodówce max 3 dni.

13 September, 2010

hummus

Ciecierzyca. Cieciorka. Albo groch włoski. Ma wiele nazw i równie wiele właściwości. Uznawana jest za roślinę leczniczą, a przez niektórych za afrodyzjak. Wbrew nazwie nie pochodzi z Włoch, a z Bliskiego Wschodu. Bogata w proteiny, jest przy okazji po prostu pyszna. Zwłaszcza w postaci pikantnej arabskiej pasty...


Składniki:
  • 200 g ciecierzycy
  • 2 ząbki czosnku
  • sok z cytryny lub limonki (może być z dwóch)
  • 2 łyżki tahiny (pasty sezamowej)
  • 1 łyżka pasty z orzechów arachidowych (niesłodzona)
  • pieprz cayenne
  • oliwa extra virgin
 Ciecierzycę moczymy przez noc w wodzie, w ilości trzykrotnie większej niż samej cieciorki. Gotujemy w osolonej wodzie minimum 45 minut, najlepiej godzinę (ziarna powinny łatwo się rozpadać naciśnięte między palcami). Tutaj zatrzymamy się na chwilę, by wyjaśnić dlaczego nie poszliśmy na łatwiznę i nie użyliśmy gotowej do miksowania cieciorki w puszce: przeraża mnie ten brak satysfakcji;) Go on: jeśli ktoś ma problemy natury gastrycznej radzę obrać cieciorkę po odsączeniu, gdy jest ciepła, wtedy łuski odchodzą z łatwością. Ja nigdy nie obieram ciecierzycy, ponieważ to właśnie w łuskach znajdują się cenne składniki, błonnik, witaminy z grupy B i najwięcej aminokwasów. Gotową cieciorkę wraz z 3 łyżkami oliwy można zmiksować na gładką masę, ja jednak rozgniatam ją widelcem lub ugniataczem do ziemniaków, bo lubię czuć kawałki ziaren. Po zmiksowaniu dodajemy pastę arachidową i tahinę, oraz sok z cytryny i czosnek (drobno posiekany lub starty na najmniejszych oczkach tarki, wersja dla leniuchów - przeciśnięty przez praskę;)) Przekładamy do miseczki, polewamy obficie oliwą i posypujemy pieprzem cayenne. Ja najbardziej lubię hummus na kanapce z razowca, z plastrami świeżego pomidora, kiszonym ogórkiem i natką pietruszki.