20 February, 2011

brat i siostrzyczka i wytłaczanka ekologicznych jajek


Goście są dalej. Jest Jaś. I jest Pola. Gdy są razem nie sposób ich opanować. Cisza panuje tylko wtedy gdy śpią albo jedzą. I dobrze. Każdy z nas był kiedyś takim rozkrzyczanym (no, nie każdy, zdarzają się "ciche" dzieci, ale nie mi;)) ciekawskim dzieckiem, które z wesołością zaglądało do kuchni. Uwielbiałam gdy mama robiła coś dobrego, czym można było poczęstować koleżanki. Najwięcej zawsze ich było w naszym domu. A moja mama niezmiennie gotowała dla całego podwórka. Choć wcale nie było to tak dawno, to mogę powiedzieć śmiało, że to były zupełnie inne czasy. Czy ktoś dzisiaj pozwoliłby bawić się dzieciom w letni wieczór w wykopanych rowach na podwórku (te rowy wykopali robotnicy przy okazji wymiany jakichś podziemnych rurociągów). 

To była nasza baza, mieliśmy w planie przekonać rodziców, by pozwolili nam nocować w tych rowach. Abstrakcyjny pomysł, ale wierzyliśmy, że się uda:) Nie udało się. Na pocieszenie dostaliśmy (od mojej mamy, a jakże) ogromny talerz fantastycznych kanapek, które w naszym rozumowaniu były "posiłkami", zanim chłopcy wytłumaczyli nam, co naprawdę oznacza "przyślijcie posiłki". I nikt nie kazał nam myć rąk przed jedzeniem (no bo gdzie?), a mimo to nikt z nas nie zachorował. Biegaliśmy z kluczami na szyi, a mimo to nikt nie został porwany, okradziony, napadnięty. Skakaliśmy po drzewach, i owszem, mieliśmy tysiące siniaków i strupów, ale nikt z nas nie płakał z tego powodu. 

Nasze mamy nie zawsze były superbohaterkami, nie zawsze do racuchów dawały drożdże (to była domena babć), bo nie zawsze miały na to czas (nam akurat najmniej przeszkadzał ten brak drożdży). Czasem sypały do nich proszek do pieczenia i po prostu chwilę później częstowały nas wielką górą racuszków z jabłkami. Ja też nie zawsze mam czas na idealne racuszki. Zwłaszcza, gdy Lu i jej cioteczny brat czekają na śniadanko. Mąż kupił wielkie jaja eko, za to brudne jak dzieci po całodziennej zabawie na dworze. Pora na ekspresowe racuszki.


Szybkie racuszki z jabłkiem i bananem
Składniki:
  • szklanka mleka
  • ok 250 g mąki pszennej
  • 3 jajka
  • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • szczypta soli
  • kilka łyżek cukru
  • duże jabłko
  • banan
  • łyżka soku z cytryny
  • olej do smażenia
Jabłka obieramy i kroimy w ćwiartki a potem w plasterki, skrapiamy sokiem. Obranego banana kroimy w talarki. Oddzielamy żółtka od białek*, mieszamy je z mlekiem i cukrem, dodajemy przesianą mąkę (w takiej ilości by powstało ciasto gęstsze od naleśnikowego) z proszkiem do pieczenia,  białka ubijamy ze szczyptą soli i dodajemy do ciasta, delikatnie, ale dokładnie mieszając, by powstała pulchna masa. Delikatnie mieszamy z nią owoce.

Rozgrzewamy patelnię, smarując ją lekko olejem (patelni z powłoką nie trzeba smarować, ale racuszki wyglądają bardziej malowniczo smażone na tłuszczu, w przeciwnym razie wyglądają pancakesowo;)). Łyżką lub chochelką nakładamy porcje ciasta i smażymy z obu stron na złoto. Z podanej ilości ciasta wychodzi kilkanaście sztuk. Smacznego!


*można pominąć oddzielanie i dodać całe jaja, placuszki będą może mniej puszyste, ale tak samo smaczne i dodatkowo szybciej je zrobimy;)



12 comments:

ewelajna said...

Mar, ja tez się bawiłam w rowach...!!! Właśnie budowali ośrodek zdrowia...;)Miałam siniaki i strupy i miałam swoje ulubione drzewo i spadanie z niego...! Cudny czas... Teraz właściwie tez wchodzę w kałuże, biegam czasem nawet robię fikołki na śniegu, ale rowy... rowów już nie ma;)
Pozdrowienia!

Kasia said...

U mnie babcia dostarczała takie posiłki:) Najlepsze na świecie! :)

Kubełek Smakowy said...

Właśnie tak jak pisze Kasia, produkt z babcinej kuchni. Pulchne, puszyste, wysokie racuszki z jabłkiem. Banan na pewno sprawia, że są jeszcze cudowniejsze.

ewelajna said...

Miałam Ci, Mar, jeszcze napisać, ze uwielbiam te - jak dla mnie - babcine talerzyki( moje babcie miały takie...)

Zaytoon said...

Ja też, choć to akurat było całkowicie niedawno, od rana do wieczora bawiłam się na ogrodzie, za domem... Wszędzie. Znikałyśmy na wiele godzin z kuzynką, wchodziłyśmy na drzewa, zapuszczałyśmy się w łąki. Wspaniałe to były czasy. Bardzo ubolewam, jak wszystko zmieniło się w przeciągu ostatnich kilku (!) lat. Przerażające.

Racuszki są doskonałe. Wielką mam na nie ochotę. W ramach lekkiego, pysznego obiadu...

Pozdrawiam! :)

mar said...

Każdy chciałby znów być dzieckiem choć na chwilkę...ale dobrze mieć w pamięci to co tak się lubiło, staram się te wszystkie przyjemności sprawiać mojej córce, ale...nie wiem czy zgodziłabym się aby robiła wszystkie te rzeczy, które robiłam ja:) tak to już, buntujemy się przeciw rodzicom, a potem sami postępujemy tak samo, choćbyśmy się nie wiadomo jak starali temu zapobiec:)

dzięki Wam za komentarze:*

mar said...

ps.a talerzyki, Ewelajno, są właśnie babcine, po świętej pamięci Mamie mojej Teściowej.

Zielenina said...

co to dzisiaj z tymi racuszkami jest ;-)

aga said...

zachwycily mnie Twoje zdjecia, sa piekne:)
a racuszki po prostu doskonale:)

asieja said...

też dzisiaj robiłam pyszne racuszki :-)

i zastanowiłam się czy ja też byłam takim rozkrzyczanym dzieckiem, hmmm

Escapade Gourmande said...

Kiedyś dzieci bawiło całkiem coś innego w ferie czy wakacje. Robiliśmy namioty z koców, chodziliśmy po piwnicach w poszukiwaniu bezdomnych kotków, by dać im jeść, a mama zrzucała przez okno kolejną zabawkę. Do późnego wieczora nas nie było. Dziś to już nie to...

Placuszki pięknie, złociutkie. Kojarzą mi się z zimowymi podwieczorkami. Dla mnie bez banana ;) Pozdrawiam!

KUCHARNIA, Anna-Maria said...

Wiesz, u mnie było bardzo podobnie! Bazę mieliśmy w krzakach bzu nad potoczkiem, który teraz płynie w moim ogrodzie... Ależ to były czasy! Piaskowe torty i babki zdobione kamykami, kalafior z kwiatów białego bzu - to były nasze pierwsze kuchenne pomysły;P Cudne czasy, bardzo za nimi tęsknię i takie placuszki bardzo by tą tęsknotę osłodziły:)
P.S. Cudne zdjęcia, ale Ty to wiesz;)